niedziela, 28 kwietnia 2013

Wydawnicze koszmary


     Przeczytałam wprawdzie do końca ulubioną książkę z dzieciństwa, jednak czytając miałam pewne wątpliwości. Czegoś mi brakowało, jakby atmosfery, pewnych scen, coś następowało zbyt szybko, coś stwarzało wrażenie innego niż wtedy. I nie mam na myśli tego że ja dorosłam a książka wydawała się dziecinna, bo tak nie było. Choć faktycznie przyszło mi na myśl że może wtedy czytałam wolniej , poza tym w wersji trzy tomowej a co za tym idzie mogłam mieć wrażenie że była to historia dłuższa i jak dla mnie bardziej wciągająca. W końcu wykorzystałam google , choć nadal w pierwszym odruchu szukam w encyklopediach, tu jednak żadna ( z tych które mam)  by mi nie pomogła. I znalazłam, czytana przeze mnie wersja ma 675 stron zaś pełna 1670 , nie lubię matematyki ale różnicę tysiąca stron jednak dało się dostrzec.
   Zatem jutro ruszam na polowanie, szukam pełnej wersji. Nie wiem jak dla Was ale dla mnie te strony mają znaczenie, KOLOSALNE!!! Opisy przyrody oczywiście, kto by to czytał? Podchodzenie przeciwnika ,odginanie każdej gałązki ,przekładanie patyka a nawet ruch listka na wietrze ma u diabła znaczenie. Kto z kim ,o czym rozmawiał i kiedy oraz dlaczego palił fajkę czy wykopywał topór wojenny to również jest istotne. Ciekawam geniusza, który wpadł na pomysł skrótów? Nie jest to niestety jedyne wydawnictwo popełniające ten koszmarny błąd.W ogóle już sama wstrętna okładka powinna mi dać do myślenia jak i to że już kiedyś się na tym wydawnictwie przejechałam jak to się potocznie mawia.
   Zdaję sobie sprawę że w kwestii utworów Maya były i są nadal problemy zarówno z tłumaczeniem jak i z cenzurą ale tu cenzura nie ma nic do rzeczy. Ja czytałam w końcu wydanie powojenne a nie przed zatem cenzura to marny pretekst. Zastanawiam się po co wydawnictwa wydają takie okaleczone twory? Przyzwyczaiłam się do tego że trzeba sprawdzać czy w książce nie ma streszczenia, odpowiedzi na masę durnych pytań i co lepsza "popisanych drukiem" marginesów bo bez tego czytelnik nie zauważyłby że akurat ma przed nosem charakterystykę postaci ( opis bohatera zwykle straszy z boku ni przypiął ni wypiął) , ważne wydarzenie, czy tez opis przyrody, ważną rozmowę i co tam jeszcze zaznaczają. Sprawdzam, unikam jak mogę i kupuję normalne książki. 
   Do tego że małe książczyny mające tytuł  i autora ani owym dziełem nie są ani przez podanego autora pisane nie były również przywykłam po prostu omijam szerokim łukiem ,choć chyba właśnie sprzeciwu brakuje stanowczego, bo jakim prawem 30 stronnicowe streszczenie nosi miano "Potopu" Henryka Sienkiewicza? Skoro nim nie jest?
   Teraz okazuje się że książki czytane w dzieciństwie nie tak odległym przecież muszę sprawdzać pod względem "oryginalności" bo może gdzieś ktoś za mnie podjął decyzję że zgłupiałam i po latach kilkunastu nie dam już rady przebrnąć przez całość.  Tylko czego się spodziewać skoro i "Anię z Zielonego Wzgórza" nam unowocześniono ? Jakby przekład Rozalii Bernsteinowej parzył przy czytaniu.

     Zdaję sobie sprawę z tego że te wszystkie koszmarki wydawnicze mają swoich nabywców, co gorsza rodzice czyli powiedzmy moje pokolenie tworzy kolejnych ekspresowych czytelników. Mam już za sobą dyskusje z synem pt. "Mama Marcina bardziej go kocha bo mu kupiła streszczenie, opracowanie czy audiobook" jednak dzięki mojemu uporowi syn z ADHD (czyli niby brak koncentracji ) czyta po kilka tomów tygodniowo w tym lektury i jakoś nie cierpi a ma na tyle miłą i inteligentną polonistkę że to dostrzega. Wręcz ostrzega rodziców że jej sprawdzanie wiedzy z przeczytanej treści pozwala na "wyłapanie" tych korzystających z bryków ( inna sprawa czy daje oczekiwane efekty?). Swoją drogą doceniam i moją nauczycielkę ze szkoły podstawowej, choć nadal jej nie lubię, jednak pytania dotyczące nawet ubrań bohaterów w określonej scenie wykluczały czytanie po łebkach. Jakby nie było gdy dziś z córką czytam bajki Mickiewicza nie bez powodu przypominają mi się fragmenty prowadzonych przez nią lekcji.
    

4 komentarze:

  1. Bardzo dobrze Cię rozumiem! Nie znoszę takich ulepszeń - notatki "dla debila" na marginesie zwyczajnie mi przeszkadzają, unikam tych opracowań, (kupując np. lektury dla dzieci) JAK OGNIA. A Winnetou uwielbiałam, zaś Ania istnieje dla mnie wyłącznie w przekładzie Rozalii Bernsteinowej. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To mamy ze sobą wiele wspólnego. :-)

      Usuń
  2. Może to miał być przekład "dostosowany" dla młodego czytelnika... Kiedyś poproszono mnie o takie "dostosowanie" pewnej lektury. Okazało się, że zrobiłam to za słabo. Nie wiem, do jak niskiego poziomu to miało być sprowadzone... Może uczyłam w szkole tylko parę miesięcy, ale moje dzieciaki nie były głupie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się tylko zastanawiam jak uczniowie mają poznać piękno języka polskiego jeśli wszystko upraszczamy i uwspółcześniamy o myśleniu nawet nie wspomnę ,po co myśleć. Czekam tylko na wersję lektur z pytaniami na sprawdzian i kolorowo zaznaczonymi odpowiedziami w tekście. Po co tracić czas na czytanie zapisów na marginesach.

      Usuń